Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RnB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RnB. Pokaż wszystkie posty

27 kwietnia 2014

Recenzja: Kelis - Food

Bardzo cenię elastycznych artystów, którzy na każdym kroku udowadniają, że przechodzenie z jednego gatunku muzyki na kompletnie odmienny to nic trudnego. Z tego powodu śledzę karierę Kelis – 34 letniej wokalistki, która ma na koncie 5 różnorodnych wydawnictw. W czasie niespełna 18-letniej działalności wędrowała po różnych stylach, zarówno typowo hip hopowych, soulowych, popowych, jak i czysto klubowych. I, co ciekawe, za każdym razem prezentowała najwyższą klasę. Gdy usłyszałem jej nowy singiel, nie zdziwiło mnie, że przedstawia klimaty, które ciężko przypiąć do Kelis. Za to nasunęło się pytanie - czy nadchodząca płyta będzie równie solidna co poprzednie?

Ciężko jednoznacznie określić, po jakim gatunku porusza się wokalistka na krążku Food. Mamy tu soul, R&B, funk, folk, momentami subtelną elektronikę oraz drobne motywy jazzowe – a wszystko to zmiksowane w spójną całość, czarującą ogromem analogowych brzmień i relaksacyjną konwencją. Już po pierwszym zaliczeniu 13 tracków nie miałem wątpliwości, że to materiał z górnej półki. A poniżej wyjaśniam dlaczego.

19 grudnia 2013

Recenzja: Beyoncé - Beyoncé

1. Pretty Hurts                              11. ***Flawless          
2. Haunted                                     12. Superpower
3. Drunk in Love                           13. Heaven
4. Blow                                           14. Blue
5. No Angel
6. Partition
7. Jealous
8. Rocket
9. Mine
10. XO

Żeby sukcesywnie wydać płytę i nakłonić grupę docelową do jej natychmiastowego zakupu, przeciętny artysta musi się nieźle nagłowić – na początek głośna zapowiedź nachodzącego arcydzieła_którego_jeszcze_nie_słyszeliście, następnie gorący singiel i liczne spotkania z fanami. Wszystko to podsycane przez pełne superlatyw wywiady. Często tego typu zagrania powierza się managementowi lub zewnętrznym agencjom, które mają za zadanie narobienie szumu wokół premiery. Krótko mówiąc, promocja (przedsprzedażowa) nie jest kwestią pięciu minut. Na szczęście Beyoncé nie jest przeciętną artystką. Już ostatnio udowodniła, że nie musi zabiegać o względy mainstreamu, a stacje radiowe są dla niej, nie vice versa. Tym razem poszła o krok dalej, nie tylko nagrywając równie śmiały materiał, co dodatkowo wydając go z dnia na dzień, bez jakichkolwiek zapowiedzi. Britney zawiodła, podobnie Katy Perry – nawet Lady Gaga wypadła poniżej oczekiwań. Może przynajmniej Beyoncé-niespodzianka okaże się w pełni satysfakcjonującym wydawnictwem?

Z krążkiem Beyoncé sprawa ma się o tyle ciekawie, że jest to visual album. Oznacza się, że poza standardowymi ścieżkami otrzymujemy do każdej z nich klip video. Ja skupię się wyłącznie na muzyce, czyli 14 utworach trwających w sumie niewiele ponad godzinę. Jak zwykle mieszają one klimaty R&B, rapu i popu, tym razem wzbogacone o motywy muzyki elektronicznej, wobec czego wiele nagrań przyjmuje postać PBR&B (The Weeknd, Frank Ocean, Jessie Ware). Czyli artystka nie stoi w miejscu.

14 grudnia 2013

Recenzja: R. Kelly - Black Panties

1. Legs Shakin'                                11. Spend That
2. Cookie                                           12. Crazy Sex
3. Throw This Money on You        13. Shut Up
4. Prelude                                         14. Tear It Up 
5. Marry The Pussy                        15. Show Ya Pussy
6. You Deserve Better                   16. Physical
7. Genius                                           17. Every Position
8. All the Way
9. My Story
10. Right Back

Czy trudno nagrać dobrą płytę? Oczywiście, że tak. Szczególnie, gdy jest się młodym artystą. Brak wtedy doświadczenia, znajomości i wsparcia ze strony wytwórni, która nie do końca wie, czego się po tobie spodziewać. Jednak osoby działające w branży od ponad 20 lat posiadają tak wielki bagaż doświadczeń, że nagranie nowego (i to dobrego) materiału powinno przychodzić im ze swoistą łatwością. Masz już wyrobioną markę, znasz wiele wpływowych postaci – wystarczy mieć pomysł i (nie zawsze) pieniądze. Dlatego momentami nie rozumiem, dlaczego najczęściej właśnie takie osobistości nagrywają coś, co pomysłowością ustępuje nawet maturze podstawowej z matematyki. Dzisiaj opiszę przykład takiego wydawnictwa. Przygotuj się na płacz i zgrzytanie zębów.  

Widząc, że szykuje się płyta z pogranicza hip hopu i R&B, zawsze staram się odsłuchać ją w pierwszej kolejności. Nigdy nie ukrywałem, że tego typu klimaty są mi bardzo bliskie. Szczególnie te w kobiecym wydaniu, pełnym oldschoolowych melodii i zmysłowego wokalu. Niemniej poświęcając Black Panties ponad godzinę życia, spodziewałem się rozrywki stojącej na co najmniej przyzwoitym poziomie, która nie tyle mną wstrząśnie (bo o to ciężko w przypadku mainstreamowej muzyki), co nie pozwoli mi zasnąć. To drugie się udało. Nie zasnąłem. Ale nieźle zepsułem sobie humor.

4 października 2013

Recenzja: Drake - Nothing Was the Same

Something Else, Yeezus, Indicud, MCHG, Born Sinner i Nothing Was The Same były jednymi z najgłośniejszych hip hopowych pozycji tego roku. Pierwszą piątkę już omówiłem; według mnie najlepiej spisał się Kanye, który standardowo podszedł do tematu niezwykle kreatywnie, podobnie jak Tech N9ne. Cudi też wypadł całkiem nieźle, chociaż poniżej oczekiwań. Jay Z? Optymalnie, bez większych uniesień. O płycie J. Cole’a szkoda mówić, gość się nie popisał. Do niedawna wiele osób zastanawiało się, jak na tle tej piątki wypadnie trzeci LP Drake’a. Album już w sklepach, tak więc czas rozwiać wątpliwości.


Przeglądając listę producentów, już przed odsłuchem można było stwierdzić, że Nothing Was the Same będzie prezentować co najmniej dobry poziom. W końcu, poza gospodarzem, za sterami stanęły między innymi takie osobistości jak Noah "40" Shebib (to akurat żadna nowość), Birdman i Ronald Williams. W rezultacie otrzymaliśmy 15 (deluxe) solidnych kompozycji, od których ciężko się oderwać. A oto dlaczego.

22 września 2013

Recenzja: Jason Derulo - Tattoos

Jason Derulo nigdy specjalnie mnie nie intrygował. Chociaż w 2010 roku wystartował z całkiem przyjemnym materiałem, którego miło słuchało się w radiu, to brakowało mu wyrazistości, niepowtarzalnego stylu i wartości, które mógłby zaprezentować słuchaczom wyłącznie on. Future History z 2011 roku mało tego, że składało się z nieco mniej wciągających nagrań, to okazało się równie wyblakłe. Wręcz ukazało Jasona jako bardziej popowego bliźniaka Chrisa Browna. Po Tattoos nie oczekiwałem cudów – wiedziałem, że będzie to tania rozrywka nadająca się jedynie na sporadyczne, jednorazowe odsłuchy, zresztą tak jak ostatnio. No i dostałem dokładnie to, na co liczyłem.

Wydane przez Warner Bros. Records, a wyprodukowane przez sztab fachowców (RedOne, The Cataracs, DJ Frank E i wiele innych) Tattoos zawiera 11 kompozycji stanowiących przegląd wszystkiego, co obecnie najmodniejsze w mainstreamie. Większość z nich to oczywiście typowo popowe melodyjki niekiedy podchodzące pod R&B. Poza tym usłyszymy maksymalnie radiowe odmiany hip hopu, soulowo podobnych ballad, a nawet jeden motyw klubowy. Czyli pakiet uwielbiany przez Eskowiczów. Przyjrzyjmy się jego jakości.

11 września 2013

Recenzja: The Weeknd - Kiss Land

Obok Franka Oceana i Miguela, The Weeknd jest jedną z najlepiej rokujących gwiazd męskiego r&b ‘najnowszej generacji’. A to dlatego, że podobnie jak wspomniana dwójka postawił przede wszystkim na nowoczesność, co z pewnością docenią osoby znudzone standardowymi odmianami rhythm and bluesa. Chociaż wokal tego typu osobistości jest uznawany za mało męski (co niezaznajomionych z tematem może odpychać), to nie da się ukryć, że w połączeniu z solidnymi melodiami robi wrażenie. Poza tym materiał tych panów dostarcza całkowicie innych doznań niż ten serwowany przez divy r&b. A jakich dokładnie? Do tego dojdziemy.

Kiss Land jest debiutanckim dziełem 23-letniego wokalisty. Warto zaznaczyć, że długogrającym, bo krótszych ma na koncie aż 4 (3 EP'ki + 1 kompilacja). W tym przypadku do odsłuchu dostajemy 12 kompozycji opartych o syntetyczne r&b (fachowo nazwane PBR&B). Syntetyczne, ponieważ brzmi jak wyprodukowane przez trance’owego DJ’a, który postanowił przesiąść się na coś bardziej wysublimowanego. Pomysł ciekawy, ale wcale nie taki nowy.

7 września 2013

Przegląd Płyt Pominiętych #8

Naughty Boy - Hotel Cabana

Ilość tracków: 18
Gatunek: mix hip hopu, popu, r&b i od biedy soulu
Label: Virgin EMI Records
Single: Wonder, La La La, Lifted
Na plus: Think About It, Wonder, Get Lucky feat. Tanika (niby cover, a fajny)
Na minus: One Way, So Strong
Proponowana ocena: +4/6


Gdyby dać mi do odsłuchu album Hotel Cabana nie podając autora, z łatwością bym trafił, że jest nim Naughty Boy. Bo chociaż jest to jego debiutanckie dzieło, tutejszy styl można usłyszeć w wielu nagraniach, w których Shahid udzielał się jako producent (patrz: wydawnictwo Emeli Sandé). Poza przyjemnym brytyjskim popornb (zazwyczaj właśnie z udziałem Emeli), usłyszymy utwory typowo hip hopowe (Think About It), czysto popowe radióweczki (La La La) oraz ckliwe klimaty indie (Top Floor). Krążek jest maksymalnie zróżnicowany, to nie podlega wątpliwości. Poza tym Shahid oparł swoje produkcje o nowoczesne brzmienia, jednocześnie zwracając uwagę na ich świeżość i, oczywiście, przebojowe oblicze. W związku z tym większość pozycji bez problemu wpada w ucho i wywołuje jakieś tam emocje. To drugie jest też zasługą zaproszenia do współpracy wyrazistych postaci; przykładowo Emeli Sandé i Ed Shreen rozczulają swoim wokalem, a lajtowe flow Wiza Khalify nadaje numerom stosunkowo beztroskiego charakteru. Reasumując, warto zabrać się za ten krążek – gospodarz pozbierał wszystkie najlepsze motywy ze swojej dotychczasowej działalności, a następnie przeniósł je na Hotel Cabana. Chwytliwa, przemyślana i nawet nieoklepana propozycja.



20 sierpnia 2013

Przegląd Płyt Pominiętych #7

AlunaGeorge - Body Music

Ilość tracków: 19 (Deluxe)
Gatunek: elektronika, pop, r&b
Label: Island Records
Single: You Know You Like It; Your Drums, Your Love; Attracting Files
Na wyjątkowo duży plus: Just a Touch, Kaleidoscope Love, Watching Over You
Proponowana ocena: +5/6

Na swoim debiutanckim krążku brytyjski duet pokusił się o połączenie lekkiego synth-popu z brzmieniami zahaczającymi o r&b. Czyli coś, co możemy usłyszeć m.in. u Jessie Ware. Jednak w tym przypadku dostajemy odważniejszy i o wiele bardziej chwytliwy podkład, pełen świeżych patentów, którym materiał zawdzięcza swoją przebojowość. Dzięki temu produkcje szybko wchodzą do głowy i potrafią prześladować przez naprawdę długi okres. Pomimo wyważonej, bardzo spokojnej konwencji i prostych melodii (ale za to jakich nośnych!) ciągle coś podtrzymuje uwagę. I nie chodzi wyłącznie o różnice w tempie (bywa zarówno szybko, jak i chilloutowo), ale też o samą Alunę, której słodziutki, niewinnie brzmiący wokal wzmacnia melodyjność produkcji oraz nadaje im kameralnego charakteru. Jak już pisałem, jest to jeden z ciekawszych projektów zasłyszanych w tym roku. Bo jako jeden z niewielu potrafi wydobyć maksymalną hitowość nawet z tak delikatnych dźwięków. Nie przymula, nie przytłacza, jednocześnie niewiarygodnie wciąga. 



6 sierpnia 2013

Przegląd Płyt Pominiętych #6

Empire of the Sun - Ice on the Dune

Ilość tracków: 12
Gatunek: elektronika, synthpop
Label: Capitol Records
Singiel: Alive
Na wyjątkowo duży plus: Awakening, Celebrate, Keep a Watch
Na minus: nie tym razem
Proponowana ocena: 5/6 


Gdybym układał zestawienie najbardziej przebojowych płyt tegorocznych wakacji, Ice on the Dune znalazłoby się przynajmniej w pierwszej piątce. Numery reprezentują lekkostrawną, australijską elektronikę obfitującą w wiele ‘miękkich’ syntezatorów, których natężenie nie jest szczególnie męczące. Wręcz przeciwnie – utworzono z nich beztroskie, ale jednocześnie dynamiczne melodie, które w połączeniu z łagodnym wokalem nadają całości przebojowego charakteru. Zwolnienie tempa następuje jedynie w trzech przypadkach: otwierającego album LUX, hipnotyzującego I’ll Be Around i zalatującego wakacyjną nostalgią Keep a Watch. Trójka wciąga nie mniej niż jej szybsze odpowiedniki, w dodatku stanowi przyjemną odskocznię od typowo radiowych klimatów. Czy tej płycie można coś zarzucić? Co najwyżej niewielkie podobieństwa kilku pozycji (np. Alive do Ice on the Dune). Jednak nie traktowałbym tego jako coś rażącego. Płyta jest bardzo dobra.

9 lipca 2013

Recenzja: Ciara - Ciara

Dotychczasowe wydawnictwa Ciary nie były miłością od pierwszego wejrzenia. Początkowo wydawały mi się zbyt wygładzone, momentami nawet nudne i bez wyrazu. Jednak z czasem udało mi się poczuć ich piękno. Piękno, które nie leży w przebojowym charakterze, a lekkość, z jaką artystka porusza się po różnych gatunkach muzyki. Jej produkcje nigdy nie były idealne, to fakt, ale i tak zapewniały rozrywkę na stosunkowo wysokim poziomie. Nic więc dziwnego, że na nowy materiał czekała spora rzesza fanów. O dziwo mało który miał wątpliwości co do jego jakości. Słusznie?

W tym przypadku tak. Ciara, czyli 43 minuty rozdzielone na 11 tracków, to piąta odsłona wędrówki pomiędzy hip hopem, R&B i muzyką popularną. Podobnie jak ostatnim razem (Basic Instinct z 2010 roku) wokalistka ograniczyła udział gościnnych głosów, tym samym nadając krążkowi osobisty charakter. Poza Ciarą usłyszmy jedynie jej najnowszego lowelasa, rapera Future oraz Nicki Minaj, która tak dla odmiany nie robi z siebie radiowej zdziry, tylko odsłania porządne, hip hopowe oblicze. Jest jeszcze B.o.B., ale jego występ ograniczono do remixu Body Party. Featuringi zaliczam na plus. A co z innymi aspektami? Sprawdźmy, z czym mamy do czynienia.

5 czerwca 2013

Przegląd Płyt Pominiętych #4 (cz. 2)

Paramore - Paramore

Ilość tracków: 17
Gatunek: pop-rock
Label: Atlantic Records
Single: Now, Still Into You
Na plus: noł łej, nie zdecyduję się.
Na minus: Hate to See Your Heart Break
Proponowana ocena: 5/6


Paramore to kolejny album, który wrzucam do wakacyjnej playlisty. Jest on o tyle ciekawy, że niemal w całości składa się z lekkostrawnych brzmień pełnych hitowego potencjału. Przez cały czas (z wyjątkiem Hate To See Your Heart Break i Last Hope) mamy do czynienia z niewiarygodnie szybkim tempem, które w połączeniu z chwytliwymi melodiami i zadziornym wokalem, stanowią radiową petardę. Wynika z tego, że materiał jest mało wymagający i nie trzeba się na nim specjalnie koncentrować, ponieważ błyskawicznie wpada w ucho, bez konieczności szukania ukrytego piękna. Ponadto warto docenić jego spore zróżnicowanie – chociaż całość utrzymano w jednej konwencji, nic się ze sobą nie zlewa, wobec czego nie nudzi (nawet po kilku kolejkach) ani nie działa na nerwy. To ostatnie świadczy również o tym, że obeszło się bez elementów, które można by nazwać tandetą/plastikiem/banałem. Tak więc jest przebojowo i na wysokim poziomie. Lubię takie płyty...


17 maja 2013

Przegląd Płyt Pominiętych #3


Laura Mvula - Sing To The Moon
Ilość tracków: 18 (Deluxe)
Gatunek: soul, pop, od biedy R&B i folk
Label: RCA Victor
Single: SheGreen Garden, That's Alright
Najlepsze momenty: Can't Live With The World, Flying Without You, I Don't Know What The Weather
Najgorsze momenty: czy ja wiem...
Proponowana ocena: 5/6


Laurą zainteresowałem się dzięki BBC Radio 1, gdzie całkiem niedawno intensywnie promowano utwór Green Garden. Wydawnictwo utrzymano głównie w konwencji tego singla, czyli do soulu wykonanego z brytyjskim rozmachem dorzucono elementy popu i gdzieniegdzie jazzu. W praktyce przywodzi to na myśl mieszankę klimatów Emeli Sandé z ostatnią odsłoną Tatiany Okupnik. Podkład w większości składa się z dźwięków pochodzących z szerokiej gamy ‘żywych’ instrumentów – nie tylko oklepanego fortepianu i gitary, ale też, dajmy na to, harfy czy puzonu. Ponadto, za sprawą licznych chórków, kompozycje nabrały nieco ‘orkiestrowego’ charakteru. Na szczęście obeszło się bez patosu, bo całość mimo wszystko chwyta za ucho i prawie wcale nie nudzi. W dużej mierze jest to zasługą zróżnicowanego tempa, ponieważ poza balladami znajdziemy tu garść szybszych motywów, które ułatwiają utrzymanie uwagi na słuchanym materiale. Pisząc prościej, słuchasz i nie masz wrażenia, że ciągle leci to samo. Dlatego słuchasz dalej.



2 lutego 2013

Przegląd Płyt Pominiętych #2

Tegan and Sara - Hearttrob

Ilość tracków: 10
Gatunek: Elektronika, pop, podobno indie rock
Label: Warner Bros. Records
Single: Closer, I’m Not Your Hero
Najlepsze momenty: single + Now I’m All Messed Up
Najgorsze momenty: Chyba się starzeję, bo nic nie wyłapałem.
Proponowana ocena: 5/6


Kanadyjskie bliźniaczki jak zwykle pokazały klasę. Chociaż natężenie zastosowanej elektroniki jest dosyć duże, to niczym nie męczy i wciąż wydaje się przyjemna. Osiągnięto to głównie dzięki ciepłym syntezatorom, które, zamiast wywoływania bólu głowy i odruchów wymiotnych, wpadają w ucho, zapewniając rozrywkę na bardzo ciekawym poziomie. Przyczynia się do tego też fakt, że materiał utrzymano w energicznym (oraz zróżnicowanym, co pasowałoby zaznaczyć) tempie, które uniemożliwiło wkradnięcie się nudy i innych wkurzających niedociągłości. Generalnie nie mam więc na co narzekać - chyba że zimę, przez którą nie mogę wypróbować tego w rowerowej playliście. W końcu jest pozytywna energia, swoista świeżość oraz letni klimat. Like it!



29 grudnia 2012

Przegląd Płyt Pominiętych #1

Keyshia Cole – Woman to Woman

Ilość tracków: 12
Gatunek: R&B/Soul
Label: Geffen Records
Najlepszy momenty: Get It Right, I Choose You, Missing Me, Stubborn
Najgorsze momenty: co najwyżej Wonderland, Signature
Proponowana ocena: 4+/6


Przyjemna produkcja. Królują tu dynamiczne, ale harmonijne brzmienia, które wpadają w ucho i są w stanie zainteresować sobą na dłuższy czas. Może nie jest to aż tak klimatyczne i soulowe jak Girl on Fire, lecz dzięki solidnej ekipie producenckiej (T-Minus, Jack Splash, Carlos McKinney itepe) oraz treściwej liryce (opowiastki z życia kobiety doświadczonej przez los i mężczyzn) otrzymano niezwykle chwytliwe melodie przeplatane soczystymi, ale nienachalnymi bitami. Całość sklejono ze znanych i lubianych elementów, które z pewnością przypadną do gustu fanom R&B. Ciągle coś się dzieje: tu jakiś ciekawy featuring, tam zwalnia/przyspiesza tempo. Nie żałuję nabycia tej pozycji - chociaż mogłaby być bardziej wyrazista, to idealnie spisuje się jako nieprzymulający chillout w klimacie R&B. Nie usypia, ale działa kojąco na zmysły.

1 grudnia 2012

Recenzja: Alicia Keys - Girl on Fire

31 lat, od 15 w branży; 4 albumy, 21 singli, masa featuringów, soundtracków i filmowych epizodów. Oto właśnie Alicia Keys, czyli jedna z najjaśniejszych gwiazd współczesnego R&B. Jako że od wydania jej ostatniej płyty minęły już prawie trzy lata, wokalistka doszła do wniosku, że wypadałoby o sobie przypomnieć i rzucić fanom coś nowego. A ci byle czego nie łykną, w końcu dotychczasowe - emotywne & klimatyczne produkcje postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Im zdolniejszy artysta, tym większym oczekiwaniom musi sprostać, logiczne. Ja już posiadam jej świeżutkie dzieło. A oto moje refleksje.

Girl on Fire to 13 nagrań reprezentujących, jak zwykle, r&b i soul. Chociaż nie uważam się za fana Alicii, bo część jej kompozycji kompletnie do mnie nie przemawia, to w tym dziele pokładałem spore nadzieje. Chciałem dostać to, co we wspomnianych gatunkach pociąga mnie najbardziej, czyli wpadające w ucho bity przeplatane pomysłowymi samplami i nastrojowym wokalem. Za to, żeby zadowolić odbiorców podobnych do mnie, odpowiada sama Keys (producent wykonawczy projektu), wspierana przez swojego partnera, Swizz Beatza, a ponadto jeszcze Babyface’a, Jeffa Bhaskera, Dr. Dre i paru innych speców od czarnych klimatów. Tego nie dało się spieprzyć.

20 października 2012

Recenzja: Brandy - Two Eleven

19 lat działalności estradowej, 6 filmów, 5 albumów, 25 singli – tak przedstawia się dorobek amerykańskiej piosenkarki Brandy Norwood. 33-latka pochodzi z typowo muzycznej rodziny: jest córką soulowego wokalisty Williego Norwooda, jej brat (Ray J) zajmuje się hip hopem, poza tym jest kuzynką samego Snoop Dogga. Jako dziecko wykonywała w kościele gospelowe utwory, następnie udzielała się w różnych przedsięwzięciach szkolnych, aż w końcu zainteresowała się nią wytwórnia Atlantic Records, doprowadzając do podpisania kontraktu. Pomimo prezentowania ciekawego poziomu, Brandy nigdy nie odniosła sukcesu adekwatnego do umiejętności. Nowe dzieło tego nie zmieni. Przekonajmy się dlaczego.

Two Eleven to seria (w rozszerzeniu) 17 kawałków utrzymanych w konwencji mainstreamowego R&B, czyli czegoś pomiędzy twórczością Mary J. Blige i Kelly Rowland. Do ich wyprodukowania powołano sztab fachowców, w skład których wchodzą m.in. Rico Love, Sean Garrett, Midi Mafia i Bangladesh – osoby obcujące z podobnymi klimatami na co dzień. Całość dystrybuowana nakładem RCA Records.

4 września 2012

Recenzja: Tamia - Beautiful Surprise

Cztery nominacje do nagrody Grammy, pięć do kanadyjskiego Juno Awards, żadnej statuetki. Takimi ‘osiągnięciami’ może pochwalić się 37-letnia Tamia Marilyn Hill, która, pomimo ogromnego talentu oraz znakomitych produkcji, uchodzi za jedną z najbardziej niedocenianych artystek R&B. Muzyka towarzyszy jej od najmłodszych lat – wpierw śpiewała w chórach kościelnych oraz w musicalach, a gdy dorosła, dostała się do szkoły muzycznej. Podczas ponad dwudekadowej kariery, nagrała 4 longplaye oraz pojawiła się w serii wielu soundtracków oraz featuringów przy boku m.in. Quincy Jonesa,  Barrego White’a oraz Snoop Dogga. Obecnie, gwiazda promuje swoje nowe dziecko, wydane przez Plus 1 Music Group. Najwyższa pora rzucić na niego uchem.

11 tracków ukrytych pod szyldem Beautiful Surprise to nic innego, jak klasyczna wersja R&B, w której, poza znacznym udziałem popu i soulu, słychać także elementy gospelu – gatunku, który zapoczątkował miłość artystki do muzyki. Za oprawę dźwiękową odpowiadają m.in. The Runners, Salaam Remi, Carvin & Ivan oraz Luke Laird, czyli postacie znające się na takich klimatach jak mało kto. W sumie, panowie wyprodukowali 44 minuty materiału stojącego na poziomie…średnim. Do bólu średnim.

6 sierpnia 2012

Recenzja: Conor Maynard - Contrast

Pora na kolejny angielski debiut, czyli 19-letniego Conora Maynarda, który podobnie jak Justin Bieber, zaczynał od nagrywania amatorskich coverów zamieszczanych w serwisie YouTube. Takim sposobem natrafił na niego Ne-Yo, któremu bardzo spodobało się wykonanie utworu Beautiful Monster i skontaktował się z jego autorem. Następnie, za sprawą starszego muzyka, Brytyjczykiem zainteresowała się wytwórnia EMI Music, która zorganizowała dla niego przesłuchanie, a potem doprowadziła do podpisania kontraktu- i tak zyskano kolejną maszynkę do robienia pieniędzy. Dwa single już słyszeliśmy, teraz czas na cały longplay.

Contrast to 12 numerów pop-rnb, czyli klimatów podobnych do ostatnich dokonań Ushera i Justina Biebera, które dla nastolatka z Brighton wyprodukowali m.in. Pharrell Williams, Stargate, Benny Blanco, The Invisible Men i Midi Mafia – te nazwiska mówią same za siebie, szczególnie w takim zestawieniu. Wydawałoby się, że w nasze ręce trafi więc coś świeżego, przebojowego i choć troszkę nowatorskiego. A jak jest w rzeczywistości?

1 sierpnia 2012

Recenzja: Delilah - From the Roots Up

Delilah, czyli tak naprawdę Paloma Stoecker, to 21-letnia angielska wokalistka i songwriterka, która na rynku muzycznym istnieje stosunkowo niedługo, bo zaledwie od roku. Mimo że przez ten czas wydała jedynie 4 single, jeden drobny mixtape i zaliczyła gościnny występ, zainteresowanie jej osobą/twórczością stało się ogromne. Nie ma się co dziwić, w końcu muzyką zajmuje się od najmłodszych lat, początkowo śpiewając oraz komponując na fortepianie, a następnie studiując prawa rządzące tym przemysłem. Jak widać, poza charyzmą i talentem, posiada również obszerną wiedzę, dzięki której z pewnością nie zginie w branży.

Na płytę tej artystki czekałem od niemalże roku, gdy światło dzienne ujrzał jej debiutancki singiel, prezentujący ogromne zdolności wokalne i idealnie komponujący się z nimi repertuar, stojący na bardzo atrakcyjnym poziomie. Numerów podobnej klasy oczekiwałem więc po całym przedsięwzięciu, nazwanym From the Roots Up. I, o dziwo, nie zawiodłem się - w wersji deluxe otrzymałem 15 utworów, których klimat można nazwać mieszaniną soulu, rnb i śladowych ilości trip hopu. Teoretycznie nie brzmi to zbyt odkrywczo, wiem - za to po wciśnięciu ‘play’ zaczyna się to, czego się spodziewałem. Czyli rozkosz dla uszu. Nareszcie celujący krążek?

23 lipca 2012

Recenzja: Frank Ocean - channel Orange

Znacie Franka, co nie? To ten od Kanye Westa i Jaya-Z oraz mixtape’u ‘nostalgia, Ultra’ (polecam!). Jest też członkiem grupy Odd Future (czy OFWGKTA, jak kto woli), z którą nagrał 1xLP i 2x mixtape. Jak widać, chociaż dzisiaj omówię jego debiutanckie dziecko, gość dobrze zna realia branży muzycznej i mało tego, że potrafi śpiewać, to również pisze niegłupie teksty. No i ma szeroki wachlarz znajomości, w końcu przyjaźni się z wieloma znanymi i szanowanymi artystami. Słowo ‘debiut’ stawiane przy jego albumie wydaje się więc czysto teoretyczne. Przesłuchałem go, ustosunkowałem się, a teraz go opiszę.

W channel Orange, którego dystrybucji podjęła się wytwórnia Def Jam Recordings (obok GOOD Music jest to mój ulubiony label), podstawowo wpakowano aż 17 porządnych kawałków, będących nowoczesnym i jednocześnie nieoklepanym rnb, które niewiarygodnie wciąga i jest w stanie umilić czas nawet najbardziej wybrednym słuchaczom. Nie pamiętam, kiedy ostatnio natrafiłem na tak dobrego przedstawiciela czarnych, niekoniecznie rapowanych klimatów. No i po części soulu, ale to swoją drogą.