Zapewne pamiętacie, jak w 2007 roku dołączenie Anette Olzon
do Nightwish podzieliło fanów formacji. Jeden obóz opłakiwał odejście Tarji,
traktując Anette jak przybłędę z ulicy, która kompletnie nie czuje klimatu
zespołu. Natomiast drugi, widząc w nowej wokalistce spory potencjał, szybko
zaadaptował się do zmian. Do tej grupy było mi najbliżej. Nie podlega
wątpliwości, że wkład Anette w nastrojowość kompozycji był ogromny - to właśnie za jej czasów Nightwish wydał mi się najatrakcyjniejszy. Po jej odejściu, zacząłem zastanawiać się, jak poradzi sobie bez zespołu. Teraz mam okazję to sprawdzić.
Na dziesięciotrackowym Shine
wokalistka zrywa z epickim rozmachem charakterystycznym dla produkcji Nightwisha.
Zamiast tego prezentuje nam spokojne dźwięki, wśród których dominuje połączenie
skrzypiec, gitar i klawiszy. I tak przez niemal całe 38 minut. Taka konwencja ma swoje
plusy. Jednak minusów jest o wiele więcej.










