18 września 2012

Recenzja: Pink - The Truth About Love

Wyrazista, kontrowersyjna, energiczna – taka właśnie jest Pink, która urozmaica branżę muzyki rozrywkowej od ponad 12 lat. Przez ten czas, wydała aż pięć albumów, wypakowanych po brzegi przebojami, które docenili zarówno najsłynniejsi krytycy, jak i słuchacze typowo radiowych klimatów. Poza karierą muzyczną, Alecia Beth Moore okazjonalnie gra w filmach oraz udziela się jako członkini organizacji PETA i HRC. Rok po urodzeniu dziecka i wypuszczeniu kompilacji promowanej wyjątkowo słabymi singlami, artystka powraca z premierowym materiałem, którego dystrybucji podjęła się wytwórnia RCA Records. Ciekawe, czy okaże się tak hitowy, jak poprzednie studyjne pozycje.

The Truth About Love to zestaw 13 tracków (w wersji deluxe 17), stanowiących połączenie rocka i łatwego w odbiorze popu, które aż proszą się o umieszczenie w notowaniach list przebojów. Wiele wskazuje na to, że Pink (czy tam P!nk, jak kto woli) znowu wytoczyła ciężką artylerię, wyprodukowaną przez samą śmietankę, m.in.: Grega Kurstina (Rita, Santigold), Butha Walkera, Johna Hilla oraz Davida Schulera. Lecz czy aby na pewno nie jest to jednorazowy, muzyczny fast food?

O dziwo, nie do końca. Niby zastosowano tu głównie topowe melodie, które z biegiem czasu nieco straciły na atrakcyjności, ale dzięki szybkiemu tempu oraz beztroskiej konwencji, wciąż prezentują się w miarę interesująco i w większości nie cuchną ogranym plastikiem. Całkowicie wykorzystano ich potencjał, miksując je w maksymalnie kreatywny sposób, co poskutkowało powstaniem dużej ilości potencjalnych przebojów. Zwykle tych jedno, góra dwusezonowych (znane klimaty robią swoje), jednak nie brakuje tu także produkcji, o których można powiedzieć, że są w stanie naprawdę nieźle namieszać. Poza technicznymi aspektami, wpływ na to miała również sama wokalistka, w głosie której udzieliła się charyzma oraz pozytywnie zakręcona postawa, co nadało nagraniom dodatkowej autentyczności. Tyle jeżeli chodzi o zalety, a teraz przejdźmy do słabych stron podkładu. Po pierwsze umówmy się – to nie jest dzieło sztuki i próżno szukać tutaj czegoś będącego w stanie przebić Just Like a Pill, czy Get The Party Started. Chociaż materiał sam w sobie jest bardzo hitowy, to w porównaniu do ostatniego Funhouse’a, zawiera niewiele nowości i słuchany bezpośrednio po nim, będzie wydawał się mniej intrygujący. Na tej płycie nie ma niczego zjawiskowego, to po prostu kolejna dobra propozycja, dopasowana do warunków panujących na współczesnym rynku.

P!nk koncentruje się na relacjach damsko-męskich, wyrażając ciekawe przemyślenia na temat zjawiska miłości. Śpiewa o walce o partnera, obojętności w związku i wygaśnięciu uczucia. Teoretycznie, powinno być przeciętnie, ale sprawne wykonanie powoduje, że chce się tego słuchać. W tym miejscu ponownie powołam się na wizerunek artystki – a konkretnie na pyskaty charakter, który sprawia, że jej kwestie są szalone, zabawne i niekiedy pozytywnie wulgarne. Generalnie, liryka jest łatwa w odbiorze i, chociaż banalna, to wpada w ucho oraz idealnie komponuje się z powstałymi dźwiękami. Mnie się podoba.



Nie wiem, co parę lat temu jarał tamtejszy managment, ale wydanie siedmiu singli z jednej płyty było ostrym przegięciem – mimo że bardzo lubiłem cały Funhouse, to po ponad dwóch latach intensywnej promocji, głos Pink zaczynał wywoływać we mnie mdłości. Mam nadzieję, że diler został już zmieniony i w tym przypadku ograniczą się do rozsądniejszej liczby. Jak na razie, wynosi ona dwa. Są to numery Blow Me (One Last Kiss) i Try. Oba są miłe w odsłuchu, lecz tylko ten drugi jest godny zapamiętania na dłużej niż pół roku.

Podobnie zresztą jak Here Comes The Weekend (feat. Eminem) oraz Are We All We Are. Poza tą trójką, na swój odtwarzacz zasysam także Truelove i Slut Like You. Pozostałe pozycje są niewiele słabsze i można zarzucić im co najwyżej lekką schematyczność. W każdym razie, fani piosenkarki, a w szczególności miłośnicy ostatnich singli, powinni obowiązkowo nabyć ten album, ponieważ poza paroma balladami, całość utrzymana jest w klimacie promowanej dwójki.

Wydając The Truth About Love, Alecia udowodniła, że ze znanych i powszechnie stosowanych elementów, da się wycisnąć coś intrygującego. Pomijając sam podkład, duży udział w sukcesie tego krążka (którego jeszcze nie osiągnął, ale z pewnością osiągnie), ma jej kontrowersyjny i jednocześnie wzbudzający sympatię image, który często przesiąka do wokalu. Jest dobrze, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby pokuszono się o więcej świeżych pomysłów, których tutaj praktycznie nie ma. Mimo wszystko, jest to dosyć solidne dzieło, które w pełni zasługuje na przyzwoitą ocenę. Czyli czwórkę.


Zgadzasz się? Podaj dalej:

11 komentarze:

Blow Me jest meeeeeeeeeega.;D

Lubię niektóre jej utwory.

i wypuszczeniu kompilacji promowanej wyjątkowo słabymi singlami....
no plisss raise your glass zdobyło szczyt w us, a fuckin perfect prawdopodobnie tez by go zdobyło ale gaga wydała borh this way i wszystkich wybiła. chyba ze masz na myśli jakość :)

Jak na razie znam tylko "Blow Me Last Kiss", które jest całkiem niezłe. Jak zwykle dobra recenzja :)) Zapraszam również do siebie //http://re-cenzje.blogspot.com :)

Na tę recenzję właśnie czekałem. Dla mnie to najważniejszy album II połowy 2012r.

Raise Your Glass może być słabe, ale nie Fuckin' Perfect. Album jak na razie najlepszy w tym roku. Do dobrych kawałków zaliczyłbym jeszcze oprócz wymienionych The Great Escape, Run - piękne ballady, no i świetny materiał na singla w postaci Just Give Me a Reason, który koniecznie musi zostać trzecim singlem.

Wlasnie zaczynam sluchac tego wydawnictwa. Pink zawsze dobrze sie mi sluchalo, wiec mam nadzieje ze tak samo bedzie i tym razem. A mam pytanko...Masz w planach recenzje nowego albumu Matchbox Twenty- "North"?

'Wypuszczeniu kompilacji promowanej wyjątkowo słabymi singlami' niestety muszę się zgodzić. Ogólnie uważam "Raise Your Glass", "Fuckin' Perfect" i "Heartbreak Down" za jej najgorsze piosenki.
"The Truth About Love" w najbliższym czasie przesłucham. Choć na razie bardziej mnie jara "The Spirit Indestructible" Nelly Furtado.

Pink przejadła mi się dawno temu, aczkolwiek lekkości i zadziorności jej i jej muzyce nie brakuje. Fajna z niej babka no i głos ma rewelacyjny:) Mogłaby pójść w mocniejsze brzmienia:)

Martyna

Prześlij komentarz