23 sierpnia 2014

Blog nie będzie już aktualizowany

Wiem, już od kilku miesięcy nie jest. Jednak dzisiaj żegnam się oficjalnie.

RM powstał, ponieważ miałem do zrealizowania konkretne cele. Już dawno dopracowałem aspekty, na których mi zależało. Mimo to dalej prowadziłem bloga - stało się to częścią mojej codzienności, uzależniłem się. 

Niestety z Recenzjami Muzyki od dłuższego czasu było mi nie po drodze. Stopniowo poszerzałem krąg zainteresowań, które zrzuciły muzykę z pierwszego miejsca. Ostatecznym gwoździem do trumny RM okazało się rozpowszechnienie streamingu muzyki, który pozbawił sensu regularne recenzowanie płyt. Prowadzenie bloga składającego się wyłącznie z recenzji przestało być rozsądne. Utknąłem w miejscu, byłem skazany na co najwyżej lokalne sukcesy. Mój blog umierał, a ja rozpaczliwie podtrzymywałem jego życie, odwlekając nieuniknione. 

Opuszczając RM, zamykam ważny rozdział. Temu blogowi zawdzięczam więcej niż sobie wyobrażacie. Bez niego nie byłbym w stanie sprecyzować ścieżki swojego rozwoju i wciąż nie wiedziałbym, do czego tak właściwie dążę. Utknąłbym w miejscu, w którym marnuje się 80% moich rówieśników, snując infantylne marzenia albo po prostu obijając się. 
Co więcej, za pośrednictwem RM poznałem wiele inspirujących postaci (pozdrowienia dla EwyHuberta, Kordiana, Tomka, Maćka, Michała i Karola) - większości z nich nie spotkałem osobiście, ale śledzę ich poczynania na bieżąco. Jeżeli nie znacie któregoś z załączonych blogów, zapraszam - pełne są unikatowej treści. 

Z przyjemnością zaprosiłbym was do obserwowania bloga MentaHit, ale wiem, że większości z was nie przypadnie do gustu. Jest skierowany do innej grupy osób, kompletnie do was niepodobnej. To całkowicie nowa historia, tylko w niewielkim stopniu związana z tym, co tworzyłem dotychczas. Zresztą przekonajcie się sami. 

Dzięki za niespełna czteroletnią współpracę. Przyjemnie się dla was pisało.

Trzymajcie się.

PS.
Niezależnie czy polubicie bloga MentalHit czy nie, pamiętajcie, że wciąż działam na Twitterze. Jeżeli chcecie pozostać ze mną w kontakcie, zapraszam do śledzenia. Poza tym, zawsze możemy komunikować się za pośrednictwem last.fm lub Google+.

13 maja 2014

Recenzja: The Black Keys - Turn Blue

Do dziś pamiętam swój pierwszy kontakt z krążkiem El Camino. Była zima, końcówka 2011 roku. Nie miałem o czym pisać i na gwałt potrzebowałem jakiejkolwiek sensownej płyty – był to okres, kiedy miałem mnóstwo czasu i niewiele źródeł z nowościami muzycznymi. Po długich poszukiwaniach natrafiłem na informację o nowym albumie jakiegoś The Black Keys. Trochę poczytałem i okazało się, że formacja jest w Stanach na tyle popularna, że wypadałoby ją poznać. Potem, tak od niechcenia, odpaliłem krążek. Dzisiaj już wiem, że była to jedna z najlepszych decyzji w moim muzycznym życiu.

Zabierając się za odsłuch Turn Blue, nastawiłem się znakomite dzieło. W moim założeniu miało być utrzymane w charakterystycznym dla duetu klimacie blues-rockowa, doprawionym słyszalnie garage’owym akcentem. Energiczne, ale nie infantylne. Po kilkukrotnym zaliczeniu turnblue’owej jedenastki, jestem pewien: materiał daje radę.

7 maja 2014

Recenzja: Iggy Azalea - The New Classic

Są takie płyty, których nie musisz słuchać, by wiedzieć, że są słabe. Zaliczasz single, spoglądasz na listę producentów i wiesz, że szału nie będzie. Co najwyżej smutek, halucynacje i śmierć z niedożywienia. Przykładem takiego dzieła jest debiutancki LP Iggy Azalea’i. Rozsądek podpowiada, że skoro jej muzycznym mentorem jest sam T.I., prezentowany materiał będzie składał się z porządnych brzmień świadczących o światowym poziomie produkcji. Tymczasem wypuszczono coś, co kompletnie nie pokrywa się z tym założeniem. I tutaj pojawia się ogromny zgrzyt.


The New Classic to 12 nagrań stanowiących modną mieszaninę hip hopowych bitów i przesiąkniętych popową konwencją melodii. Jest to w miarę równorzędne połączenie – krążek jest w równej mierze popowy, co hip hopowy. Sam patent nie jest zły, bo takie kombinacje bywają chwytliwe, dobrze się sprzedają i (czasami) mają do zaproponowania ciekawą rozrywkę. Wystarczy spojrzeć na dorobek Nicki Minaj (tę ambitniejszą część) i B.o.B. Jednak to dzieło kompletnie mnie nie ruszyło. Za dużo w nim bylejakości.

27 kwietnia 2014

Recenzja: Kelis - Food

Bardzo cenię elastycznych artystów, którzy na każdym kroku udowadniają, że przechodzenie z jednego gatunku muzyki na kompletnie odmienny to nic trudnego. Z tego powodu śledzę karierę Kelis – 34 letniej wokalistki, która ma na koncie 5 różnorodnych wydawnictw. W czasie niespełna 18-letniej działalności wędrowała po różnych stylach, zarówno typowo hip hopowych, soulowych, popowych, jak i czysto klubowych. I, co ciekawe, za każdym razem prezentowała najwyższą klasę. Gdy usłyszałem jej nowy singiel, nie zdziwiło mnie, że przedstawia klimaty, które ciężko przypiąć do Kelis. Za to nasunęło się pytanie - czy nadchodząca płyta będzie równie solidna co poprzednie?

Ciężko jednoznacznie określić, po jakim gatunku porusza się wokalistka na krążku Food. Mamy tu soul, R&B, funk, folk, momentami subtelną elektronikę oraz drobne motywy jazzowe – a wszystko to zmiksowane w spójną całość, czarującą ogromem analogowych brzmień i relaksacyjną konwencją. Już po pierwszym zaliczeniu 13 tracków nie miałem wątpliwości, że to materiał z górnej półki. A poniżej wyjaśniam dlaczego.

20 kwietnia 2014

Recenzja: The Used - Imaginary Enemy

Patrząc na ostatnie teksty, można zauważyć, że opisywałem różne płyty: eurodance, elektronikę, alternatywny hip hop etc. Jednak stosunkowo dawno nie polecałem mocniejszych brzmień, za którymi przepada większość z was. I tutaj pojawia się amerykańska kapela The Used wraz ze swoim najnowszym wydawnictwem. Stali czytelnicy mogą kojarzyć ten zespół z recenzji krążka Vulnerable z 2011 roku. Od czasu tamtego tekstu nie powróciłem do recenzowanego materiału. Tym razem też nie nastawiałem się na niewiarygodnie wielkie doznania. A tu taka przyjemna niespodzianka.

Na trwającym niemal godzinę Imaginary Enemy zawarto 12 dynamicznych utworów, wyprodukowanych głównie przez Johna Feldmanna. Tak jak dotychczas, utrzymano je w klimacie rocka, który sporadycznie zabarwiono elementami popu i punku. Poskutkowało to mieszanką zapewniającą ciekawą rozrywkę. Ale wcale nie taką nowatorską.

5 kwietnia 2014

Recenzja: Anette Olzon - Shine

Zapewne pamiętacie, jak w 2007 roku dołączenie Anette Olzon do Nightwish podzieliło fanów formacji. Jeden obóz opłakiwał odejście Tarji, traktując Anette jak przybłędę z ulicy, która kompletnie nie czuje klimatu zespołu. Natomiast drugi, widząc w nowej wokalistce spory potencjał, szybko zaadaptował się do zmian. Do tej grupy było mi najbliżej. Nie podlega wątpliwości, że wkład Anette w nastrojowość kompozycji był ogromny - to właśnie za jej czasów Nightwish wydał mi się najatrakcyjniejszy. Po jej odejściu, zacząłem zastanawiać się, jak poradzi sobie bez zespołu. Teraz mam okazję to sprawdzić.

Na dziesięciotrackowym Shine wokalistka zrywa z epickim rozmachem charakterystycznym dla produkcji Nightwisha. Zamiast tego prezentuje nam spokojne dźwięki, wśród których dominuje połączenie skrzypiec, gitar i klawiszy. I tak przez niemal całe 38 minut. Taka konwencja ma swoje plusy. Jednak minusów jest o wiele więcej.

1 kwietnia 2014

Recenzja: Tatiana Okupnik - Blizna

Chociaż Tatiana nagrywa od ponad 16 lat, jej osobą zainteresowałem się dopiero w 2011 roku, kiedy to wypuściła krążek Spider Web. Jej wcześniejsze produkcje, zarówno te spod szyldu Blue Café, jak i solowy On My Own, nie były na tyle atrakcyjne, by warto było powracać do nich szczególnie często. Nawet jeśli same w sobie nie raziły niczym konkretnym. Dopiero pozycja z 2011 roku okazała się na tyle elektryzująca, by co chwila gościć w mojej playliście. Tak więc, gdy dowiedziałem się, że Tatiana szykuje coś nowego, postanowiłem koniecznie sprawdzić, czy tym razem zaserwuje coś równie dobrego.  

Na początku warto zaznaczyć, że na Bliźnie dostajemy całkowicie inne brzmienia niż w przypadku Spider Web czy wcześniejszego On My Own. Zamiast zmysłowego jazzu i motywów funku, otrzymujemy bardzo dużo dynamicznej elektroniki, rozłożonej na 16 pozycji trwających w sumie niewiele ponad 40 minut. Wbrew pozorom, nie są to tanie eskowe klimaty proszące się o featuring z Pitbullem i Flo Ridą. Zamiast tego Tatiana prezentuje nam coś, czym zdecydowanie warto się zainteresować. A oto najważniejsze powody.

26 marca 2014

Recenzja: Kylie Minogue - Kiss Me Once

1. Into the Blue                       11. Fine
2. Million Miles                       12. Mr. President
3. I Was Gonna Cancel         13. Sleeping with the Enemy
4. Sexy Love
5. Sexercize
6. Feels So Good
7. If Only
8. Lex Sex
9. Kiss Me Once
10. Beautiful

45-letnia Australijka nigdy nie tworzyła wyjątkowo wysublimowanej muzyki. Jej produkcje to w większości czysto radiowy pop, który swoim czasem robił spore zamieszanie w mainstreamowych rozgłośniach. Udawało mu się to głównie dzięki połączeniu dwóch bardzo ważnych cech: chwytliwości oraz wyrazistości. Właśnie to przesądziło o sukcesie tracków takich jak Spinning Around, Can’t Get You Out Of My Head, czy późniejszych The One i Get Outta My Way oraz sprawiło, że Kylie Minogue może cieszyć się ogólnoświatową popularnością – zarówno wśród eskowiczów, jak i fanów bardziej wyrafinowanej muzyki. Jednak po przesłuchaniu jej najnowszego albumu, łatwo dojść do wniosku, że tej drugiej grupie odbiorców może się nie spodobać.

Kiss Me Once jest dwunastą studyjną pozycją w dorobku Kylie Minogue i, podobnie jak poprzednie, pełna jest modnych, radiowych klimatów. Tym razem występują one w formie nowoczesnego electropopu, obfitującego w motywy powtarzające się w twórczości innych popowych artystów, które rządzą w notowaniach list przebojów. Tak więc już na wstępie widać, że zaprezentowana trzynastka nie będzie specjalnie odkrywcza. Ale czy aby na pewno oznacza to, że będzie niewarta uwagi?

16 marca 2014

Recenzja: Kid Cudi - Satellite Flight: The Journey to Mother Moon

1. Destination: Mother Moon
2. Going To the Ceremony
3. Satellite Flight
4. Copernicus Landing
5. Balmain Jeans
6. Too Bad I Have To Destroy You
7. Internal Bleeding
8. In My Dreams 2015
9. Return of the Moon Man (Original Score)
10. Troubled Boy


Lata 2008-2010 to jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Między innymi muzycznie. Dokonałem wtedy wielu wspaniałych odkryć, które ukształtowały moje poczucie muzycznej estetyki. Najważniejszym z nich był materiał Kida Cudiego. Zarówno EP, jak i dwa pierwsze LP’e nasycono sporym ładunkiem emocjonalnym, który w połączeniu z pomysłowymi hip hopowymi bitami oraz charakterystycznym wokalem, poskutkowały muzyką nie do podrobienia, magnetyzującą nostalgicznym klimatem. Niestety na dwóch kolejnych wydawnictwach: WZRD i Indicud, Mescudi stracił na uroku na rzecz elektroniczno-rockowych eksperymentów. Liczyłem, że na nowym podejściu wyrównają się proporcje: nastrojowość – nowatorstwo. Jednak not this time.

Satellite Flight: The Journey to Mother Moon stanowi jeszcze większy ukłon w stronę kreatywnej mieszanki rocka i futurystycznej elektroniki, w której hip hop odgrywa co najwyżej epizodyczną rolę. Podobnie jak ostatnim razem, większość materiału skomponował sam raper, okazjonalnie wspierany osobą Dot da Geniusa – producenta towarzyszącego mu od czasów A Kid Named Cudi. Do dyspozycji oddano nam 10 tracków trwających w sumie niewiele ponad 40 minut. Ilość nie powala. Sprawdźmy, czy jakość jest równie...oszczędna.

11 marca 2014

Recenzja: St. Vincent - St. Vincent

Jakiś czas temu, wracając z uczelni spotkałem starą znajomą, z którą za wszelką cenę staram się unikać rozmów o muzyce. Skrajna miłośniczka Pitbulla, Keshy i innych artystycznych pomyłek, ponadto typ człowieka, który zasypuje ludzi lawiną linków do różnych dziwnych rzeczy.
- Słyszałeś nową płytę St. Vincent? Zajebista jest.
- Nope – i wcale nie miałem zamiaru, ale to już zachowałem dla siebie. Od dłuższego czasu nie ufałem jej poleceniom.
Jednak na zachętę zapuściła mi track Prince Johnny. Wbrew pozorom nie była to półka Pitbulla. Dlatego postanowiłem dać krążkowi szansę. Jak widać, przeżyłem. A oto moje wrażenia.

W ramach wstępu: St. Vincent jest czwartą solową płytą Annie Clark. W wersji podstawowej otrzymaliśmy 11 utworów ukazujących skrzyżowanie noise popu i art rocka, które oferują w sumie 40 minut stosunkowo alternatywnej rozrywki. Ale za to bardzo nierównej.

1 marca 2014

Recenzja: We Will Fail - Verstörung

Jak już kiedyś wspomniałem, lubię dostawać maile od polskich wytworni muzycznych. Zdarza się, że zachęcają mnie do poderżnięcia sobie gardła, zarówno swoją ilością, jak i jakością prezentowanych debiutantów, którzy nagrywają, ale nie za bardzo wiedzą co ani dlaczego. Jednak przebijając się przez raniące serce i uszy śmieci, czasami natrafiam na naprawdę mocny materiał. Taki, jak ten od projektu We Will Fail, za którym stoi Aleksandra Grünholz – warszawski grafik komputerowy. Dla znalezienia takich pozycji warto się poświęcić.



Verstörung to bardzo specyficzne wydawnictwo. Składa się na niego 14 eksperymentalnych tracków, wyprodukowanych wyłącznie przez Olę, a wypuszczonych nakładem Monotype Records. Gdy po raz pierwszy przesłuchałem zaprezentowaną elektronikę, nie wzbudziła we mnie większych emocji. Jednak przy kolejnym podejściu odkryłem, że po prostu źle się za nią zabrałem.  

25 lutego 2014

Recenzja: Sophie Ellis-Bextor - Wanderlust

Recenzję Make a Scene napisałem w pierwszym roku działalności bloga – okresie, z którego nie jestem szczególnie dumny. Niepotrzebnie skrytykowałem wtedy bardzo dobre dzieło, które wówczas wydało mi się przekombinowane i chaotyczne. Elektronika w jakiejkolwiek formie nie była moją mocną stroną. Jednak po pewnym czasie, gdy już przekonałem się do gatunku, krążek długo nie opuszczał mojej playlisty. Od tamtej pory, nigdy nie zaliczyłem podobnej wpadki. Zabierając się za Wanderlust nie chciałem popełnić analogicznego błędu. Na szczęście nie miałem tego typu problemów. Łatwo rozgryźć ten krążek.

Tym razem dostajemy 11 utworów, które z Make a Scene mają niewiele wspólnego. Przede wszystkim różnią się gatunkiem. Mamy tutaj do czynienia ze wyważonym indie rockiem, ocierającym się o folkowe klimaty. Wbrew pozorom oraz nudnemu trailerowi, nagrania mają dużo do zaoferowania - zarówno na arenie akustycznej, jak i emocjonalnej. A co dokładnie, o tym poniżej.

3 lutego 2014

Recenzja: Bruce Springsteen - High Hopes

Niedawno znacząco ograniczyłem odsłuchy potencjalnie słabych wydawnictw. Nawet w celach recenzenckich. Zamiast tego zamierzałem skupić się na prezentowaniu wam wyłącznie wybitnych płyt, mogących wnieść do waszej playlisty powiew świeżości. Takim krążkiem miał być High Hopes Bruce’a Springsteena – artysty, który nie wie, czym jest bylejakość. Spodziewałem się charyzmatycznego, emocjonującego i nieprzewidywalnego dzieła, co dla Springsteena nie powinno być trudnym osiągnięciem. Dostałem przeciętne odrzuty. Czyli mój błyskotliwy plan znowu nie wypalił.

Osiemnasty krążek Bruce’a zawiera 12 nagrań utrzymanych w klimacie kultowego folk rocka. Dopracowaniem aspektów technicznych zajęli się Ron Aniello i Brendan O’Brien, którzy nie pierwszy raz pracowali nad nagraniami Springsteena. Jednak tym razem wyszło im to zaskakująco słabo. Gdyby nie sesja, powiedziałbym, że ta pozycja zepsuła mi tydzień.

19 stycznia 2014

Recenzja: Stephen Malkmus and the Jicks - Wig Out at Jagbags

Według last.fm, większość z was nie kojarzy dorobku formacji Stephen Malkmus and the Jicks, w skład której wchodzi Stephen Malkmus (tak, jego oraz kapelę Pavement to już znacie), Mike Clark, Joanna Bolme i Jake Morris. Grupa działa od niemal 14 lat, wydając przez ten czas 5 krążków, które wysoko oceniła większość prestiżowych krytyków. Słuchacze zresztą też, co przełożyło się na stosunkowo wysoką sprzedaż. 3 lata od wypuszczenia ostatniego albumu, Mirror Traffic, zespół powrócił z nowym materiałem. Dzisiaj dowiecie się, czy aby na pewno jest się czym podniecać.

12 kompozycji zamkniętych pod szyldem Wig Out at Jagbags są przedstawicielami stonowanego, klasycznego indie rocka. Za ich wyprodukowanie odpowiadają członkowie zespołu, momentami wspierani przez Remko Schoutena, którego głównym zadaniem było miksowanie wokali. Wydaniem tego dzieła standardowo zajęła się Matador Records, czyli niezależna wytwórnia specjalizująca się właśnie w indie rocku. Teraz, gdy już wiecie kto, co i jak, możemy przejść do wrażeń akustycznych.

10 stycznia 2014

Recenzja: Kid Ink - My Own Lane

Kid Ink nigdy nie był raperem, do którego pałałbym ogromną miłością. Jego dotychczasowe krążki nie wzbudziły we mnie większych emocji, zazwyczaj były po prostu poprawne. Bez znaczących uniesień, bez rażących wtop. Zabierając się za odsłuch My Own Lane nie liczyłem więc na ponadczasowe wydawnictwo, pełne mistrzowsko wyprodukowanych nagrań, błyszczących pomysłowym charakterem. To była dobra decyzja, bo po kilkukrotnym zaliczeniu materiału muszę przyznać, że nie doczekałbym się niczego podobnego. W takim razie sprawdźmy, czy jest sens zabierać się za tę pozycję.

W skład My Own Lane wchodzi 18 numerów utrzymanych w bardzo lekkiej odmianie hip hopu. Czasami wręcz tak lekkiej, że ciężko stwierdzić, czy to jeszcze hip hop, czy już spopiałe R&B. Produkcją zajęli się m.in. DJ III Will, J. Grand, The Futuristics, Danja i DJ Mustard, czyli osoby mające spore doświadczenie w współpracach z mainstreamowymi raperami. Efekt ich pracy, chociaż mało wyrazisty, posiada kilka aspektów, którymi warto się zainteresować. Oto garść szczegółów.

8 stycznia 2014

Przegląd Płyt Pominiętych #12

Childish Gambino - Because the Internet

Ilość tracków: 19
Gatunek: hip hop, PBR&B
Label: Glassnote & Island Records
Singiel: 3005
Na duży plus: The Worst Guys, No Exit, Life: The Biggest Troll (Andrew Auernheimer)
Na minus: -
Proponowana ocena: 5/6

A oto mój grudniowy faworyt. Because the Internet, jak przystało na solidną hip hopową produkcję, składa się z ciekawie opracowanych pozycji intrygujących nieprzewidywalnym charakterem. Poza soczystymi, bujającymi bitami posłuchamy wielu elektronicznych eksperymentów pełnych poszarpanych, ale spójnych motywów. Tak więc całość zdecydowanie odbiega od radiowych standardów. Jednak na swój sposób wpada w ucho i czaruje przyjemnym, po części beztroskim, a czasami nawet tajemniczym brzmieniem, przy którym bez problemu można się odprężyć, jednocześnie wciąż koncentrując się na materiale. Dodatkowo biorąc pod uwagę barwne głosy w featuringu (m.in. Chance The Rapper, Jhené Aiko i Azealia Banks) możemy nastawić się na maksymalnie zróżnicowane i pomysłowe produkcje, którymi fani hip hopu i PBR&B powinni się zainteresować. Ja to kupuję. 



1 stycznia 2014

Przegląd Płyt Pominiętych #11

Tinie Tempah - Demonstration

Ilość tracków: 15
Gatunek: hip hop zahaczający o pop i elektronikę
Label: Parlophone
Single: Trampoline, Children of the Sun
Na plus: It's OK, Looking Down the Barrel, Lost Ones, Lover Not a Fighter
Na minus: Shape
Proponowana ocena: 4/6

W zeszłym roku wręcz nie mogłem doczekać się tego krążka. Liczyłem na coś mega mocnego, co szybko mi się nie znudzi. Co prawda im bliżej premiery, tym mniejsze miałem zarówno oczekiwania, jak chęci do odsłuchu, jednak ostatecznie i tak jestem zadowolony z jakości Demonstration. Pełno tu lekkostrawnych, dynamicznych brzmień, które nawet jeśli mają niewiele wspólnego z grimem, to i tak prezentują się nad wyraz nieźle. Mamy do czynienia z hip hopem zmiękczonym utalentowanymi gwiazdeczkami w featuringu (Paloma Faith, Laura Mvula, Emeli Sandé itd). W rezultacie większość brzmień przyjmuje radiowy charakter i opiera się na schemacie: buńczuczny rap Tiniego – słodziutki refren. Czyli patent wylansowany przez Eminema w LTWYL. Pomimo szablonowego charakteru, nagrania dostarczają rozrywki na stosunkowo wysokim poziomie. Słuchasz, wpada w ucho, czasami coś pozytywnie zaskoczy, potem zapętlasz. Jest to mało wyrafinowana muzyka, broniąca się połączeniem charyzmy gospodarza z prostymi, lecz niewiarygodnie chwytliwymi melodiami, którym można wybaczyć przewidywalność i niewielką schematyczność. Nie zmusza do głębokich refleksji, ale jeśli chcesz posłuchać czegoś modnego, melodyjnego i beztroskiego, co zarazem nie będzie raziło przesadną wtórnością, rzuć na to uchem. Zwłaszcza jeśli polubiłeś Disc-Overy oraz ostatnie wydawnictwo Labrintha i Naughty Boya. Dobra, chociaż mało odkrywcza robota.